Mocne męskie głosy porwały nas do jakiejś zaczarowanej krainy. Śpiewali estońską pieśń ludową - nie rozumieliśmy słów, ale daliśmy się wciągnąć w tę opowieść. Dziewczyny nie pozostały dłużne i też wyciągnęły zza pazuchy jakąś piosenkę, podbijając klimat konkurencji. My, obcokrajowcy, siedzieliśmy zasłuchani i zdumieni, że ci młodzi, z piwem w ręku i laptopem na kolanach, tak lekko podchwytują jakieś ludowe, zdawałoby się, nudne pieśni.
W ich wydaniu brzmiały jak rockowy protest song rodem z Woodstock. No i stało się - Estończycy zapytali: a może wy coś zaśpiewacie? Hm… Konsternacja. Nie zaśpiewamy przecież "Sokołów" ani "Ore, ore…". Agata z Wiktorem automatycznie odpowiedzieli: "Nie, my przecież niczego nie znamy, no i w ogóle nie śpiewamy". I wtedy mnie olśniło! Ja przecież znam jedną ludową piosenkę… Zapamiętałam ją kiedyś przypadkiem, podczas nagrywania wywiadów do mojej pracy licencjackiej. Zaśpiewała mi ją dziewczyna z Kocudzy, wsi na Roztoczu, pytając przewrotnie: "No i co, rozumiesz tę historię?". Piosenka genialnie opowiada o tym, co i dziś jest jeszcze tabu, zresztą, przekonajcie się sami:
A u mojej memy zielona grusia
A pod tą grusią, pod tą zieloną, biała podusia
A na tej podusie Menia siedziała
Co porenecek, co wicorecek, rzewnie płakała
A bodaj te krawce marnie zgineni!
Co mi tę suknię, tę muślinową, ciasno uszyli…
I pojechał Jasio przez zielony gaj
Wrócił się nazad do swej kochenejki, bo mu było żal…
Zebrałam się w sobie i zaśpiewałam. A niech tam! Efekt był ogromny. Nasz język, w dodatku w roztoczańskim dialekcie, wraz z piękną ludową melodią wywarł piorunujące wrażenie. Pieśń się bardzo, bardzo spodobała. A ja zaczęłam się nad tym zastanawiać….
Potem raz, drugi pojechałam na tabor, czyli organizowane przez Dom Tańca z Warszawy warsztaty tańca, śpiewu i gry na instrumentach ludowych. Niesamowite, że są u nas takie rzeczy i że przyjeżdża na nie masa młodych ludzi, nic z muzealnych klimatów… Wybawiłam się tam i wytańczyłam do woli. Na taborze były specjalne warsztaty pieśni ludowych, osobno dla dziewczyn i chłopaków. Poznałam tam kołysanki i przyśpiewki… Potem nagrałam moją ciocię z Podlasia.
Kataszka szukała pieśni w zbiorach Oskara Kolberga, a nawet w Internecie, i jeżdżąc do muzyków na wieś. Wracało się potem jesienią do miasta, zeszyty z piosenkami kurzyły się gdzieś na półce, wokół znów hałas samochodów, korki, pośpiech. Aż jedna z nas, Ola, wpadła na pomysł, żeby nie zostawiać tak tych pieśni tylko na wakacyjne wypady. Żeby spotykać się w babskim gronie i na luzie mocnym, wolnym od obaw przed ocenianiem głosem wyśpiewywać sobie razem te życiowe historie. Pieśni matki usypiającej dziecko, pieśni dziewczyny porzuconej lub zakochanej, dziewczyny dopiero czekającej na swój los. Tam jest wszystko - jak w naszym babskim gronie, w którym są panny, mężatki, matki, narzeczone, wolne - wszystkie etapy.
Przez jakiś czas szukałyśmy właściwego miejsca - na szczęście przyjął nas pod swoje skrzydła Ośrodek Integracyjny Śródmieście przy pl. św. Macieja 11. Udzielił przestrzeni, w której możemy zaśpiewać pełnym głosem, nie obawiając się, że przeszkadzamy sąsiadom. Jesteśmy też otwarte na dziewczyny z zewnątrz; to nie jest prywatne spotkanie w mieszkaniu którejś z nas, lecz w miejscu dostępnym dla każdego. Zaczęłyśmy się spotykać jesienią, raz jest nas dziesięć, raz trzy, ale za każdym razem wychodzimy szczęśliwe, bo zrobiłyśmy coś dla siebie, poczułyśmy swoją babską energię, bo potrafimy zaśpiewać dziecku fajną kołysankę albo zanucić coś sobie pod nosem, czekając na tramwaj. Lub chłopakowi do ucha.
Informacje o taborze możecie znaleźć na stronach: domtanca.art.pl i tyndyryndy.blogspot.com






