Strona główna
Młodzieżowe Centrum Informacji i Rozwoju na rzecz integracji społecznej i aktywizacji zawodowej młodzieży
Z naszej oferty skorzystało już 1907 osób.

Spotkanie z dziennikarzem i podróżnikiem, Wojciechem Cejrowskim, zorganizowane w ramach projektu STEP by STEP, rozpoczęło się półgodzinną konferencją prasową. W sali zgromadziło się kilkanaście młodych osób będących przedstawicielami różnych, najczęściej młodzieżowych, mediów. Pan Wojciech roztoczył przed nami bardzo przyjazny obraz „dzikiego” społeczeństwa, które ma z nami wiele wspólnego, mimo kulturowych różnic. Poniżej także o tym, co najbardziej dręczy podróżnika w Europie, i co jest największą wartością Ameryki Łacińskiej.

Jak wygląda zorganizowanie wyprawy i ile ono trwa?

Po prostu wyjeżdżam. Staram się też nie zabierać niczego. Nie biorę bagażu, tylko otwartą głowę i pieniądze, bo wszystko poza Europą jest tańsze. Gdzie indziej nie ma VAT-ów, podatków... taniej jest zorganizować sobie wyprawę na miejscu.

Nie ma pan z góry przygotowanego planu?

Jak się jedzie do dżungli szukać Indian, którzy nie wiadomo gdzie są, to trudno mieć jakikolwiek plan. Tam nie ma dróg, mostów, map, GPS-ów. Człowiek na miejscu musi znaleźć jakiegoś przewodnika, który go wspomoże, bo na przykład ostatnio gdzieś tych Indian widział. To wszystko nie odbywa się w podobnym trybie jak na przykład wyprawy w Himalaje, gdzie wiemy, czego się spodziewać. W Amazonii idzie się na żywioł. Człowiek przed wyjazdem nie jest w stanie nawet określić, ile to potrwa. Może sobie powiedzieć „chciałbym wrócić na Boże Narodzenie”, ale potem się okazuje po trzech miesiącach, że już jesteśmy blisko celu, więc zapominamy o tym Bożym Narodzeniu i zostajemy czwarty miesiąc.

Podróżuje pan stopem?

W Ameryce Południowej trudno podróżować jest inaczej. Można złapać autobus, ale one jeżdżą na bardzo krótkich trasach.

...a czy da się „złapać na stopa” samolot?

Dwa razy mi się udało. NATO lata między innymi do Gujany Francuskiej i jeżeli ktoś wykonuje pracę zbliżoną do dziennikarstwa, może powiedzieć: „Jadę zrobić materiał, więc jeśli macie wolne miejsce w samolocie, macie obowiązek mnie przewieźć”.

Ale po Europie nie chciałbym jeździć stopem.

Dlaczego?

Bo w ogóle nie chciałbym jeździć po Europie. Asfalt, drogi, przepisy... Problemem jest to, że między mnie a drugą osobę wkracza państwo. Na siłę, przemocą, wbrew naszej woli. To jest irytujące. Jeśli chciałbym zrobić z panią interes, nie mogę pani sprzedać bez faktury, a jeśli to zrobię, to oboje musimy zgłosić do urzędu skarbowego, że się odbyła jakaś transakcja. Nie może mi pani dać naleśnika, bo Sanepid pyta, czy pani umyła ręce. Straszna masa „upierdliwości” państwowych. W Ameryce Łacińskiej to wszystko znika.

W poszukiwaniu jakiego skarbu wyjechał pan pierwszy raz?

Nie szukałem skarbów. Nie cierpię zimy, i to była jedyna motywacja. Zima jest dla mnie potworem i moim skarbem było to, że mogłem uciec od niego i posiedzieć w cieple. Oprócz tego, swobodniej mi się oddycha bez typowej struktury państwa. Unia przypomina mi Białą  Czarownicę z „Opowieści z Narnii”. W Ameryce Południowej wszystko wydaje mi się „odmarzłe”, wesołe, ludzie się sami sobą zajmują...

To jest dla pana skarbem?

Tak, moim skarbem jest świat, który traktuje mnie jak dorosłego człowieka. Kupię naleśniki od pani na ulicy, dostanę salmonelli, trudno. Nie poszedłeś do restauracji, pani miała trochę brudne paznokcie, a jednak kupiłeś od niej. Jak się otrujesz, to może nawet dobrze. Taki darwinizm: durnie wyginą, a ci mądrzejsi, bardziej higieniczni – przetrwają. Mój skarb to wolność.

Jak pierwszy raz stąd wyjeżdżałem, był tu generał Jaruzelski i junta wojskowa, chodziła za mną ubecja... wyjeżdżałem też z tego powodu. Tam był świat swobody, człowiek się stawał wolny, jak już wyjechał poza kordon komunistyczny. Człowiek odkrywał, że ma skrzydła. Nikt za nim nie chodzi, wszystko mu wolno. Mogę się zabić, mogę się zniszczyć, mogę się zdeprawować, mogę się zaćpać. Ale mogę też zrobić coś dobrego.

Jak wyglądają spotkania z najmniej ucywilizowanymi plemionami? Czy zawsze przebiegają one łagodnie, czy też bywa, że spotyka się pan z agresją?

Tam, u dzikich, jestem lubiany. Wiele osób zauważyło, że w programie „Boso przez świat” podchodzę do kogoś i wyciągam mu coś z dłoni. Do kamery mówię po polsku, że „pożyczam sobie coś”, potem to pokazuję i oddaję, a ci ludzie nie są poirytowani. Nie uprzedzam ich wcześniej, co zrobię i czym jest kamera. Nie ma języka między nami, Indianin nie zna hiszpańskiego. Nie rozumie całego kontekstu tej sytuacji. Być może fakt, że jestem śmieszny, powoduje roztopienie lodów między nami, bo jeśli jestem śmieszny, to nie jestem groźny.

Jeśli chodzi o pierwsze zetknięcie z obcymi plemionami, nigdy nie było groźnych scen. Czasem ktoś wyjdzie z łukiem na wszelki wypadek, ale widzę, że ten łuk jest niedociągnięty. Jakby chciał strzelać, to nie wyszedłby do mnie, tylko wysunął grot zza krzaków, a potem, jak już wiłbym się z bólu, podszedł  i sprawdził, czy jestem groźny, czy nie. Wnioskuję, że obserwował przez dwa czy trzy dni moją łódź. Z cywilizowanymi miewałem za to złe kontakty. Dziki człowiek nie jest dziki w tym rozumieniu, że brak mu oporów moralnych lub estetycznych i zrobi krzywdę. Nie boję się, że do mnie podejdzie z uśmiechem, po czym wydłubie oko.

Czyli idzie pan przez busz, nagle zjawiają się dzicy, dochodzą do tego samego miejsca, co pan...

To jest całkiem normalne. Podobnie jest na klatce schodowej czy w windzie. Widzi pan człowieka, mówi „dzień dobry”, albo i nie, jeśli ktoś zachowuje rezerwę i jest nieufny.

Człowiek od człowieka nie różni się znacznie. Nakładka kulturowa i cywilizacyjna jest bardzo płytka, istota człowieka pozostaje niezmienna. Dlatego, na przykład, dziesięć przykazań się sprawdza przez tyle tysiącleci. Człowiek jest prosty. Jeśli otrzepie się drugą osobę z tego, co ewidentnie jest częścią cywilizacji, można szybko rozpoznać, czy jest ona wesoła, czy smutna, czy jest mędrcem, czy idiotą, czy będzie złośliwa.

Jakie były najbardziej kontrowersyjne elementy kultur, z którymi pan się zetknął? Z czym trudno było się panu pogodzić?

Najbardziej kontrowersyjne są dla mnie rzeczy „stąd”. Bardzo trudno pogodzić mi się na przykład z nagimi piersiami kobiet w polskim kiosku. Moja babcia czuje się z tym niekomfortowo, a ja mam obowiązek bronić osób bezbronnych z powodu wieku. Powinienem zapewnić moim najbliższym i najstarszym komfort umierania. W „WC Kwadrans” opisywałem walkę z dzikimi, z Hunami. My, młodzi, nie pamiętając o naszych staruszkach i naszych mamach, często uzurpujemy sobie prawo do szybkiej zmiany ojczyzny. A gdzie miejsce dla nich? Indianie są bardzo uporządkowani i tam rozwój następuje dużo wolniej niż u nas. To my żyjemy w świecie, w którym zmiana następuje w ciągu połowy pokolenia.

Czy istnieje zakątek świata, do którego ciągle pan wraca?

Mam pewien rodzaj napięcia miłosnego w stosunku do Meksyku. Znam Meksyk lepiej niż Polskę. Jeśli Polska to moja matka, to Meksyk jest moją żoną. Bez oporów wiele razy tam jechałem i jeszcze pojadę, kupiłem tam dom, mój brat kupił tam dom, wydałem tam moją siostrę za mąż. Tam chciałbym się zestarzeć. Gdybym mógł pojechać tylko w jedną stronę, bez wahania wybrałbym Meksyk. Nie płaczę na święta, że mam „niepolską” Wigilię. Tamta Wigilia też jest moja, kolędy są moje. Tak samo jest z ludźmi, którzy spędzają święta raz u mamusi, raz u teściowej. Wszędzie tam jestem u siebie.

 


Zmieniony: piątek, 27 sierpień 2010 07:53  

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

loga

Copyright © 2009 CIRS - Młodzieżowe Centrum Informacji i Rozwoju