Czy pamięta pan swoją pierwszą dłuższą podróż?
To było w roku 1970, miałem wtedy około czternastu-piętnastu lat. Nasz pan od rosyjskiego zorganizował wycieczkę do Związku Radzieckiego dla uczniów z mojej szkoły. Pojechaliśmy autokarem – wtedy to był jedyny możliwy środek lokomocji, zorganizowanie takiej wycieczki wcale nie było proste. Dla takiego małego chłopaczka z małego miasteczka zobaczyć Moskwę i Leningrad to była bardzo atrakcyjna sprawa. W 1976 roku, kiedy już byłem studentem Politechniki Łódzkiej, pierwszy raz poleciałem samolotem. Wybrałem się do Holandii, w odwiedziny do koleżanki, którą znałem tylko z korespondencji. Było to dla mnie niesamowite przeżycie. Wtedy to była cała wyprawa, teraz pewnie byłoby znacznie prościej. Te dwie podróże były pierwszymi najważniejszymi.
A później?
Rok 1984 to moja pierwsza podróż daleko na wschód: Indie, Singapur, Tajlandia, Malezja. Teraz, jak o tym pomyślę, było to trochę na wariackich papierach. Z plecakami, które nie mogły ważyć więcej niż 20 kg, lecieliśmy przez Moskwę do Delhi, a dalej gdzie nas droga poniosła. To była długo przygotowywana wyprawa kilku znajomych, młody człowiek nie mógł sobie pozwolić na wycieczkę z Orbisu. Lecieliśmy, aby poznać nowe miejsca, kraje, ludzi.
Na swoim blogu wspomina pan o planowanym powrocie do Indii...
Wydaje mi się, że człowiek potrzebuje jakiegoś imperatywu. Na razie mam imperatyw w postaci znajomych z Australii, którzy wydzwaniają do mnie z pytaniem, kiedy znów do nich przylecę. Gdyby jednak znalazł się ktoś, kto powie: "Słuchaj, lecimy do Indii, małą ośmioosobową grupą", to jestem w stanie coś takiego zrobić. Trochę się boję zderzenia, że XXI wiek zabrał mi te Indie, które tak dobrze wspominam. Podobno jednak nie zmieniły się aż tak bardzo, dwie uliczki od nowego centrum można znaleźć Indie sprzed dwudziestu pięciu lat.
Jakie one są?
Fascynujące. Kolory, zapachy, smaki, ludzie, ale miejsca też. Kiedy pierwszy raz przyleciałem do Indii, jedna z krów pasących się nieopodal hotelu narobiła tuż koło mnie; miałem wtedy ochotę wsiąść z powrotem do autobusu, pojechać na lotnisko i uciekać. Jeden z moich kolegów przebookował samolot i wrócił do Polski po trzech dniach. Panicznie bał się ameby, mył zęby nadmanganianem potasu, wodę gotował piętnaście minut. W pierwszym momencie rzeczywiście trzeba uważać i zachowywać higienę, ale później organizm się przyzwyczaja i jest w stanie zwalczyć bakterie. Ja z dnia na dzień czułem się w Indiach coraz lepiej. W niektórych miejscach, zupełnie mi nieznanych, czułem się tak, jakbym je już wcześniej widział. Po powrocie napisałem nawet felieton: "W poprzednim wcieleniu byłem Hindusem".Metafizyczny wymiar podróży jest dla pana ważny?
Bardzo. Nie mówię, że w poprzednim życiu byłem Aborygenem, ale Australia mnie pociąga. Nie chodzi mi o to, żeby zaliczyć konkretne miejsca, w niektórych po prostu dobrze się czuję. Codziennie łykam tabletkę na nadciśnienie, ale w Australii moje tętno wynosi "pokazowe" 120/80. W niektórych miejscach czuję się jak ryba w wodzie, dlatego do nich wracam. Na Korsyce byłem jedenaście razy, tak samo w Australii. Byłem też w Kenii i w Meksyku, ale nie wiem czy tam wrócę, bo nie czuję takiej potrzeby. Lubię wracać do miejsc, które lubię.
A ulubione miejsca w Polsce?
Mam dużo takich miejsc. Przede wszystkim są to Góry Izerskie, Szklarska Poręba, w której od lat jesteśmy z "Trójką" gośćmi. Odkryłem te miejsca dla siebie, znam je na pamięć; jestem piechurem i mam swoje ulubione trasy. Lubię morze, często jeździłem do Sopotu, na wakacyjne "ucieczki", żeby nie być rozpoznawanym na plaży. Lubię moje miasto rodzinne, Szadek koło Łodzi. Mógłbym tak długo wymieniać.
Darzy pan sympatią Szklarską Porębę. Często pan był na Śnieżce?
Byłem trzy razy, może cztery. Uwielbiam wjechać wyciągiem pod Śnieżkę, iść szczytami do Śnieżnych Kotłów i dalej, na Szrenicę. Stamtąd zwozi moje zwłoki kolega z Kamieńczyka, bo to całodniowa, męcząca trasa. Mam jednak zjawiskowe zdjęcia zachodu słońca ze Śnieżki. Kiedyś, w drodze na Snieżkę ze Śnieżnych Kotłów, deszcz zmoczył mnie osiem razy, myślałem że skończy się to zapaleniem płuc, a wróciłem zdrów jak ryba. Człowiek, który jest w ruchu, ma większą odporność. Trzeba być twardym, a nie "miętkim".
To pana dewiza życiowa?
Czasem tego hasła używam. Raczej nie przepadam za trudnymi warunkami, noclegiem pod namiotem, potrzebuję odrobiny luksusu. Podróże samolotem niestety też są ciężkie. Do Australii leci się ponad dobę i zawsze po powrocie powtarzam sobie, że to był ostatni raz. Potem jednak zapomina się o niewygodach i człowiek leci, bo leci do czegoś pięknego, do wspomnień. Myślę, że dlatego podróżujemy.A jeżeli mowa o powrotach, wróci pan jeszcze do Rosji?
Zdecydowanie nie. Ostatni raz byłem tam w 1970 roku, płynąłem statkiem po Morzu Czarnym i musiałem z Odessy wrócić przez Moskwę do Warszawy. Była to tak nieprzyjemna podróż, że nie mam potrzeby powrotu. Chciałbym co prawda zobaczyć Samarkandę czy Bucharę (miasta w Uzbekistanie – przyp. M.D.), ale nie wiem, czy będę miał taką możliwość. Niczego sobie nie wyznaczam, daję się nieść fali. Jeżeli mi się uda, to bardzo chętnie, ale jeżeli nie, to znowu polecę do Australii.
| < Poprzednia | Następna > |
|---|






